22.03 201320

Absurd płacy minimalnej

Z wiedzą jest tak, że wymaga repetycji, aby została wchłonięta. Jednorazowe powiedzenie komuś, że płaca minimalna jest nieszczęściem dla kraju nie wystarczy. Oczywiście etatowi złodzieje śpiewają swoje syrenie śpiewy o tym, jak to trzeba podnieść poziom życia biedoty w Polsce, której nie starcza na utrzymanie dotychczas płacona minimalna pensja… Nie dajmy się na to nabrać! Przyczyna, dla której etatyści (czyli zwolennicy zapraszania państwa do wszelkich aspektów naszego życia) są tak zainteresowani podwyższeniem płacy minimalnej jest dużo bardziej prozaiczna.

Niewiele osób wie, że pensje urzędnicze są wyrażane w wielokrotności. No właśnie! Są wielokrotnością płacy minimalnej! Płaca minimalna więc jest taką polityczną walutą, jednostką rozliczeniową urzędników, którzy za nasze pieniądze urządzają sobie polityczną licytację pod pozorem zainteresowania losem biedaków, co to im na chleb nie starcza.

Tymczasem nasi kochani urzędnicy chcą sobie zafundować po prostu podwyżkę na nasz koszt!

A jaka jest prawda jeśli chodzi o los tych biedaków?

Sprawa jest prosta, płaca minimalna leży blisko płac realnie płaconych w gospodarce i to wcale nie tak daleko od płac wielu osób pracujących w realnych firmach. Jeśli pracodawca płaci płacę minimalną, oznacza to, że pracownik zatrudniany na takim stanowisku jest:

  • mało wydajny, jego praca nie przynosi wielu korzyści firmie, pracownik musi przecież wypracować minimum 3000 złotych miesięcznie, żeby pokryć tylko swoje koszty zatrudnienia.
  • Jest wielu chętnych na jego miejsce, oznacza to wbrew pozorom, że płaca jest wytyczona zbyt wysoko, gdyż jeśli byłaby niższa, wszyscy znaleźli by pracę. Rozumieli to już katoliccy scholastycy w XVI wieku, ale dziś, w XXI wieku jest to wiedza zapewne przestarzała..

Są też dalsze konsekwencje podwyższania płacy minimalnej. Załóżmy, że mamy dwóch pracowników: Głupiego Jana i Mądrego Grzesia. Głupi Jan zarabia pensję minimalną, a Mądry Grześ zarabia 2500 zł netto. Gdy podniesiemy Głupiemu Janowi pensję pod presją urzędników, to różnica w zarobkach między pracownikami się zmniejszy. Mądry Grześ zaraz podejdzie do szefa pytając: „Czy moja praca jest aż tak mało dla ciebie warta, że mi nie dasz podwyżki, przynajmniej o tę kwotę, którą dołożyłeś Głupiemu Janowi?”.  Szef da albo nie da. Pewnie da, bo pracę Grzesia ceni bardziej i woli stracić Jana (na którego fuchę i tak czeka kilku innych), w sumie firmę będzie taka podwyżka kosztowała co najmniej podwójnie (pamiętajmy, że w przeciętnej firmie jest przynajmniej kilku Janów i kilku Grzesiów!!!). Ale urzędnikom jest wszystko jedno, nie płacą przecież ze swojej kieszeni.

Są wyjścia pośrednie. Na przykład, jeśli Głupi Jan wie dobrze, że jego praca jest mało wartościowa, może być zainteresowany pomocą swojej firmie. Może podejść do szefa z propozycją: „Przenieś mnie na ¾ etatu formalnie, a ja będę pracował cały etat, ale nie zwalniaj mnie z mojego stanowiska”. Szef może podejść też do Jana i zaproponować: „Janie, musiałem ci dać podwyżkę, ale musisz dodatkowo codziennie zamieść plac (45 minut ekstra po godzinach, bez dodatkowej zapłaty)”. Jeśli Jan będzie naprawdę głupi, może stracić pracę. Urzędowi obrońcy pracowników odtrąbią wyzysk człowieka przez człowieka, dołożą karę szefowi, a ten przeprowadzi redukcję stanowisk, zostawiając sobie Mądrego Grzesia, zatrudniając Głupiego Jana całkowicie na czarno – jak to robi 30% mądrych ludzi w polskiej gospodarce. Zaznaczam – ja nazywam się Ciemny Marek i nie mam sił na takie działania.

20 Comments for "Absurd płacy minimalnej"

  1. Łukasz 23 marca 2013

    Minął dokładnie miesiąc od ostatniego wpisu, jednak warto było czekać i cały czas sprawdzać czy to może już pojawił się kolejny wpis 😉

    Z uwag to zastanawia mnie kwota 3 000 zł jako koszty zatrudnienia osoby na 1600 brutto, według mnie to około 1 900 zł czyli pensja brutto + otoczka ubezpieczeniowa. Chyba, że pozostałe 1 100 zł to koszty typu miejsce pracy pracownika, urlopy itp.

    W roku 2012 i 2013 minimalna była okrągła, 1500, 1600, ciekawi mnie, czy ten trend utrzyma się w kolejnych latach. Liczyłem kiedyś procentowy wzrost pensji minimalnej, przykładałem to do stopy bezrobocia, tempa wzrostu PKB, ogółem nie trzymało to się kupy. Nie wiem na jakiej podstawie ustala się minimalną.

    Odpowiedz
    • Łukasz 23 marca 2013

      P.S.
      Nie jestem pewien, ale to chyba Kamil Cebulski pisał na swoim blogu, że nieokrągła płaca minimalna powoduje w rankingach zmniejszenie „liczby osób zarabiających pensje minimalną”, z tego względu, że jak wynosi ona np. 1386 zł to pracodawca zaokrągli to na umowie do 1400 zł.

      Odpowiedz
      • Łukasz 23 marca 2013

        P.S. 2
        Zegar na stronie spóźnia się o godzinę. Oprogramowanie pewnie jest ok, tylko hosting ma przestawiony zegar (często się zdarza), sprawa dla firmy, która robiła bloga (swoją drogą bardzo dobrze zrobiony) by w oprogramowaniu przesunęła czas o godzinę.

        Odpowiedz
  2. Etam 23 marca 2013

    Trafiłem ostatnio na takie ‚zjawisko’:
    http://bezwarunkowydochodpodstawowy.pl/
    http://www.dochodpodstawowy.pl/
    Mój stosunek to tego brzmi: „Lepiej obniżyć podatki”, ale jeżeli miałbyś jakieś ciekawsze przemyślenia, to chętnie się z nimi zapoznam.

    Odpowiedz
    • Łukasz 24 marca 2013

      Cytat z pierwszego linku: „Po to mamy w kapitalizmie politykę społeczną, „.
      Raz, że nie ma (niestety) nigdzie kapitalizmu, a dwa, nie widzi mi się w kapitalizmie polityka społeczna jako państwowa, może istnieć ale jako prywatna, bez interwencjonizmu ze strony państwa.

      Odpowiedz
      • Marek 25 marca 2013

        Zgadzam się całkowicie, nie mamy kapitalizmu. Jedynie za nim tęsknimy. To znaczy, tylko ci nieliczni, którzy rozumieją o co w tym bałaganie pojęciowym chodzi.

        Odpowiedz
  3. Grzegorz 27 marca 2013

    Nie zgadzam się z wymową artykułu. Płaca minimalna jest użytecznym narzędziem polityki społeczno – gospodarczej. Oczywiście musi znajdować się ona na rozsądnym poziomie. Wpis zwraca jednak uwagę na inną sprawę- a mianowicie na fakt, że płaca minimalna jest punktem odniesienia do wyznaczania wielu innych zarobków (w tym także wynagrodzenia pracowników), często takich, które nie mają z nią związku. I to jest złe i szkodliwe! A zatem – mówiąc o płacy minimalnej – nie wylewajmy dziecka razem z kąpielą…

    Odpowiedz
    • Marek Bernaciak 28 marca 2013

      Panie Grzegorzu,
      Widzę, że wierzy Pan w państwo jak byt realny (a to tylko byt „myślny” według Św. Tomasza)? Czyli uprawia Pan współczesny rodzaj pogaństwa. Sformułowanie „polityka społeczno-gospodarcza” to nic innego, jak dawanie osobom niekompetentnym (urzędnikom) władzy decydowania, ile ma Pan płacić za wykonanie pracy osobom, które nie mają do tego stosownych kompetencji. W konsekwencji, nie dostają one zatrudnienia wcale.
      Zasada płacy minimalnej służy wyłącznie tym, którzy ją forsują: urzędnikom, związkowcom, politykom. Zwykli ludzie nie są beneficjentami tych regulacji. Są raczej płatnikami netto do realizacji zasiłków, będących konsekwencją „ochrony” osób bez pracy pozbawionej jej w wyniku istnienia płacy minimalnej.

      Odpowiedz
      • Grzegorz 28 marca 2013

        Panie Marku.
        To, że św. Tomasz traktował państwo jako byt „myślny”, zaś ja je traktuję jako byt realny raczej nie ma nic wspólnego z pogaństwem? Co więcej, byt „myślny” to także byt, a więc leży on w kręgu zainteresowania metafizyki, która jak wiadomo – zajmuje się bytem. Tym trudniej mi zrozumieć uwagę o pogaństwie.
        Co do płacy minimalnej. Szczerze powiem, że wychowałem się na tym typie argumentacji, jaki Pan uprawia. Jest on bardzo logiczny i niezwykle intelektualnie – atrakcyjny. Jednakże niesprzeczność danego systemu wcale nie gwarantuje jego prawdziwości. Swego czasu np. Arystoteles stworzył kosmologię – opis mechanizmów rządzących ruchem planet. System wówczas przez niego stworzony był także logiczny i niesprzeczny, ale…. kompletnie fałszywy.
        Jak to się ma do płacy minimalnej? Ano właśnie tak, że weryfikacji teorii i poglądów należy szukać w realnym świecie – czyli w tym przypadku w danych. Te zaś dane wcale nie sugerują, że odpowiedni poziom płacy minimalnej wywołuje wzrost bezrobocia. Przeciwnie, płaca minimalna przyczynia się do równiejszej redystrybucji dóbr w społeczeństwie, co z kolei przekłada się na jego większą efektywność. Proszę mi wskazać konkretne przykłady krajów, które są pozbawione polityki społeczno-gospodarczej (której pewnym wyrazem jest obecność płacy minimalnej) i funkcjonują bardzo dobrze. Ja ograniczę się do przykładu: Szwajcarii, Norwegii, Szwecji czy Danii – tam jest płaca minimalna i jakoś nikomu to nie przeszkadza.

        I jeszcze na koniec: „zwykli” ludzie także są beneficjentami pracy minimalnej. Osobiście znam wiele przykładów ludzi, którym troszkę więcej wpadło do kieszeni dzięki temu instrumentowi. Podkreślam jednak to, w czym się zgadzamy: płaca minimalna nie powinna być punktem odniesienia do zarobków urzędników!

        Odpowiedz
        • Marek Bernaciak 28 marca 2013

          Panie Grzegorzu, dziwi mnie to, że się Pan wychował na takiej argumentacji, uznaje Pan jej logikę, ale odrzuca jej owoce. Zgaduję, że ma Pan około 20 lat i jeszcze nie zaobserwował Pan zjawisk i procesów zachodzących powoli, w czasie dekad. Ja obserwuję np. ciągłą dekapitalizację krajów Zachodu, wspomnianych przez Pana. One po prostu stają się coraz biedniejsze. Jeszcze „ciągną”, na resztkach kultury i kapitału. Ale już niedługo. Bo to wzrastająca kapitalizacja jest podstawą podwyższania płac, a nie zarządzenie o płacy minimalnej. Wynika to z obserwacji rzeczywistości takiej, jak preferencja czasowa. Tylko osoba z niską preferencją czasową (kapitalista), może zaoferować pracę osobie z niższą preferencją czasową (pracownikowi), który dziś dostaje swoje wynagrodzenie, żeby kapitalista mógł dostać swoje wynagrodzenie za opóźnienie konsumpcji. Z rynkowej proporcji pomiędzy ilością osób o niskiej i wysokiej preferencji czasowej wynika proporcja wynagrodzeń. Osób o niskiej preferencji czasowej jest po prostu mniej, więc ich średnie wynagrodzenie jest wyższe.
          Jednak prawo socjalne, w tym o płacy minimalnej wpływa na ogólny wzrost preferencji czasowej. Kandydat na kapitalistę mówi sobie „po co mam kapitalizować (oszczędzać), jak za to jestem karany, co zarobiłem, skonsumuję”. Widziałem na własne oczy takich ludzi w komunie, którzy mogli mieć firmy, ale co zarobili, przepijali i przejadali, bo nie widzieli sensu kapitalizacji. I mówili to otwarcie, a nie czytali Misesa.
          Pana błąd można zaobserwować w dłuższej perspektywie czasowej, bo procesy te zachodzą wolno, w perspektywie 20 lat. Za 20 lat Europa będzie skansenem umierających starców, których masowo będzie się uśmiercało, jeśli nie zapłacą za leczenie. A nie zapłacą, bo właśnie przejadają swój kapitał….

          Odpowiedz
          • Grzegorz 29 marca 2013

            Szanowny Panie Marku
            Delikatnie pisząc, to troszkę Pan przestrzelił z tą 20 🙂 Jestem troszkę starszy. Wie Pan, to nie jest tak, że ja odrzucam owoce takowej logiki. Bo przecież te owoce to tylko logiczne następstwa. Ja weryfikuję empirycznie właśnie te następstwa i okazuje się, że nie przystają one do rzeczywistości. Pisał Pan w jednym ze swoich wpisów, że PKB to zła miara wzrostu. Zgadzam się z Panem w pełni. PKB mierzy jedynie zasobność portfela (i to i tak w zbyt dużym uproszczeniu), jednak zupełnie ignoruje kondycję ludzi danego kraju. Nic nie mówi o stanie środowiska, długości życia, jakości edukacji, ilości czasu wolnego czy zadowoleniu z życia. Jeżeli jednak zbierzemy te wszystkie wskaźniki „do kupy” to okazuje się, że jednak w Europie jest najlepiej – przede wszystkim w krajach skandynawskich. Owszem, Europa się starzeje, ale jest to problem, z którym boryka się każdy kraj, którego dochody są pokaźne.
            Panie Marku – nie chcę nadwyrężać Pańskiej „preferencji czasowej” i zamęczać Pana długimi wpisami na blogu (lepiej chyba spotkać się na piwie u Gnyszki i o tym porozmawiać otwarcie 🙂 ). Stosownie do tego będę konkludował: czytałem Misesa, czytałem Hayeka. Czytałem także Friedmana oraz (tak!) Keynesa. To są wielcy autorzy. Współcześnie jednak nie ma co upierać się, który z nich miał rację. Każdy z nich częściowo miał rację i częściowo się mylił. Nade wszystko bowiem – wraz z upływem czasu zmienia się sensowność używania rozmaitych instrumentów ekonomicznych. Dlatego jestem za współczesnym finansistą – N. Roubinim, który podkreśla w swoich publikacjach, że nie należy opierać się na żadnej ortodoksji (to zostawmy Kościołowi) i trzeba zachować PRAGMATYZM. To, co jest sensowne w Chinach, Indiach czy Pakistanie niekoniecznie zadziała w Norwegii czy Szwajcarii.
            Inne recepty gospodarcze są dobre w USA a jeszcze inne w Brazylii czy w Polsce. Summa summarum – jestem wrogiem doktryny „one size fits all”!
            Pozdrawiam i życzę Świętych Świąt!

          • Marek Bernaciak 29 marca 2013

            A ja wysłuchuję od dziecka różnych opinii typu „to zależy”, albo zachowanie pragmatyzmu, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Bo to jest odejście od Prawdy w stronę relatywizmu.
            Co z tego, że Szwecja JESZCZE jest bogata? Co z tego, że w Europie JESZCZE się dobrze żyje? Rzeczywistość jest zmienna. Europa pociągnie jeszcze kilkanaście lat, może kilka Cyprów się odliczy, rządy pobiorą kilka razy po 10% oszczędności bogatszym obywatelom i… wszyscy bogaci odpłyną do innych obszarów globu.
            Ja wierzę w to, że są uniwersalne Prawdy, że Chrystus jest Prawdą. I nie ma różnych „dróg”, bo „droga Chińska” jest życiem na koszt miliarda rolników, którzy są utrzymywani w stanie niewolnictwa i własną krwią opłacają niskie podatki w zindustrializowanej części Chin. „Pragmatyzm” oznacza dla mnie starą jak świat, socjalistyczno/plemienną zasadę rozproszenia kosztów i skupienia korzyści. Tak za każdy przywilej małej grupy muszą zapłacić masy. Ale kto oprócz libertarian i chrześcijan interesuje się biednymi? Przecież nie socjaliści.

  4. Grzegorz 29 marca 2013

    O uniwersalnych prawach można mówić w teologii, matematyce czy fizyce. Ekonomia nie jest nauką ścisłą i uogólnienia w niej stosowane nie zdają egzaminu. Nie chodzi tutaj o relatywizm ale o stopień złożoności materii. Różne rozwiązania mają różne konsekwencje w różnych regionach świata. Ma na to wpływ wiele czynników, w tym przede wszystkim kultura, od której nie można uciekać.
    Dlatego właśnie twierdzenia typu: im mniej państwa tym lepiej są pozbawione sensu. Inaczej bowiem to wygląda w kulturze azjatyckiej, inaczej w protestanckiej i jeszcze inaczej w katolickiej lub subsaharyjskiej.
    Co do tego, że Europa JESZCZE jest bogata…. Ja też już mam trochę wiosen i od dawna słucham libertarian, którzy wieszczą, że jeszcze tylko kilka lat i będzie po Europie…. Ostatnie lata jednak pokazały, że najlepiej z kryzysu wyszły kraje socjalne. Najbardziej wykoleiły się USA, ale też Irlandia czy Estonia – kraje, które przez np. „Najwyższy Czas” były stawiane jako wzór powodzenia wolnorynkowych reform.
    Co dla mnie oznacza pragmatyzm? To jest zwyczajnie korzystanie z osiągnięć nauki. W zależności od sytuacji można korzystać z osiągnięć Keynesizmu, monetaryzmu, nowej ekonomii klasycznej czy teorii realnych cykli koniunkturalnych – to rzeczywistość dyktuje warunki kiedy i z czego korzystać. Stosownie do tego: raz podatki należy podnosić, innym razem obniżać bo to są instrumenty – środki do celu, a nie cel sam w sobie. Jestem głęboko przekonany, że wielokrotnie libertarianie mylą środki z celami. Celem nie są bowiem niskie podatki oraz brak płacy minimalnej. Celem jest satysfakcja społeczeństwa zaś cała reszta to jedynie środki.

    Odpowiedz
    • Marek Bernaciak 29 marca 2013

      Panie Grzegorzu, coś mi się nie zgadza. Czyli dla Pana pragmatyzm usprawiedliwia kradzież przez inflację?
      Przykład USA, czy Irlandii… oskarżanie ich o to, że szczątkowa wolność rynku ujawniła pewne załamania nie wydaje mi się niczym innym, niż wynikiem propagandy. Polska od lat biednieje, ale w TVN jest „zieloną wyspą”, czy dla Pana oficjalne media są wiarygodnym źródłem informacji? Dla mnie – nie.
      Kraje socjalistyczne po prostu sięgają bez zahamowań w kieszenie swoich „obywateli”, a ci na to pozwalają. Więc bilans się zamyka łatwiej. W krajach, gdzie zamiast „obywateli” są obywatele, nie dający sobie wyciągać z kieszeni pieniędzy, bilans rządu zamyka się gorzej. I co z tego? Z załamania finansów państwa robi się tragedię, ale to, że ludzie giną w „bezpłatnych” szpitalach w kolejkach czekając na badania, to już nie jest temat dla mediów.
      Libertarianie w ogóle nie wskazują celów. Uważają, że każdy ma prawo do własnych celów. Oczywiście, że dobrobyt materialny jest tylko środkiem. To, na co ludzie przeznaczą swoje pieniądze jest ich osobistą sprawą. Właśnie największy problem jest w tym, że etatyści narzucają innym swoje cele i jeszcze konfiskują jawnie lub ukrycie pieniądze na ich realizację.
      Widzę, że Pan broni takich praktyk szukając usprawiedliwienia dla nich. To jest problem etatystyczny, od zawsze rabując cudze wyjaśniają, że to dla dobra rabowanych.
      Nie wiem jak Pan, ale ja widzę ekonomiczną degrengoladę Europy. Ale to jest jak mówi mój kolega, który ostatnio był w Kalifornii: tam nawet bezdomny śpiący w samochodzie uważa, że mieszka we wspaniałym kraju i nie chce nawet zauważyć, że przez przerośnięte regulacje nie może mieć domu. Ale brak buntu niewolników nie czyni ich ludźmi wolnymi. Ja mawiam: jak chcesz wiedzieć, na ile jesteś wolny, sprawdź długość łańcucha. A nasz łańcuch jest króciutki.

      Odpowiedz
  5. Grzegorz 29 marca 2013

    Tak. Inflacja jest także instrumentem. Czy to kradzież? Jeżeli przyjmiemy że podatki są kradzieżą, to rzeczywiście. USA czy Irlandia… „Pewne załamania”!!? Kryzys finansowy, globalny spadek produkcji, bezrobocie itp to pewne załamania?!
    Nie posiadam telewizora, i nie czytam gazet więc nie wiem co mówią „oficjalne media”.
    Ale ma Pan rację: kraje socjalistyczne rzeczywiście sięgają do kieszeni podatników i CI rzeczywiście na to POZWALAJĄ. Odkrył Pan sedno sprawy! Kultura pewnych krajów sprawia, że ich obywatele wolą takie rozwiązania! Okazuje się nawet, że jak na razie – obywatele tych krajów lepiej na tym wychodzą.
    Wolność gospodarcza? Przerośnięte regulacje? Proszę mi wskazać jeden kraj, który zbudował swoją potęgę na samym tylko WOLNYM RYNKU, bez aktywnej ingerencji rządu. Niestety ale tak jest, że kraje w których państwo jest silne (Norwegia, Niemcy ale i USA czy Wielka Brytania) – żyje się lepiej. Zwolenników nieskrępowanej wolności gospodarczej oraz słabego państwa zapraszam do Afganistanu, Nigerii czy Madagaskaru – tam są niskie podatki i słabe państwo.
    Nie chodzi więc o wielkość ale o skuteczność państwa i jego instytucji.

    Odpowiedz
    • Marek Bernaciak 29 marca 2013

      Widzę, że broni Pan rabunku jako „instrumentu”. Inflacja jest kradzieżą, zarówno moralnie, jak i prawnie. Nie wiem, czy jakieś państwo ma wpisane do konstytucji, że może okradać swoich obywateli w nieograniczony sposób, emitując pieniądze bez pokrycia. To zawsze jest ukryte i zasłonięte dymną zasłoną propagandy.
      Przykładów, o które Pan prosi jest wiele, chociaż jak Pan nie widzi, że to jest proces zachodzący tak: wolny rynek buduje bogactwo, rząd je niszczy. Te procesy zachodzą na tyle powoli, że przeciętny obserwator ich nie zauważa. A z przykładów bogatych państw zbudowanych na uwolnieniu rynku przytoczę tylko Wenecję. Turcja i Włochy musiały się sprzymierzyć, żeby pokonać niepodległą flotę wenecką. A teraz? Dążenia separatystyczne Wenecjan mogą rozwalić Włochy, bo Wenecjanie nie chcą już finansować południowców z jej mafią.
      Pewnie nie stanie się to w trzy lata. Jak widzę, te procesy zachodzą powoli. Niestety.
      Nabywanie upodobań do wolności też. Upodobanie do pozostawania w stanie niewolnictwa nie jest nowe, jak pisze Henry Grady Weaver, to wolność jest nowinką w historii człowieka, nie niewolnictwo. Pozostawanie w stanie niewolnym, spychanie na innych odpowiedzialności za swoje życie to prawie atawizm. Dopiero Chrystus przyniósł nam pełną wolność. A i tak wielu jej nie chce.
      A Pana zaproszenie do Afganistanu itd… kapitalizacja jest powolnym procesem. To ciekawe, że etatyści często używają argumentu „jak ci się podoba wolność to jedź tam, gdzie jest bieda”. A dlaczego sam Pan nie wyjedzie do Korei Pólnocnej?
      Dlaczego nie przyzna mi Pan prawa do tego, bym ubiegał się o więcej wolności w swojej ojczyźnie, tylko mnie Pan z niej wygania? Ja tylko bronię swojej (i Pana) własności i wolności. Pan zaś chce mi narzucić, że mam utrzymywać Pana koncepcję moimi pieniędzmi. I tłumaczy mi Pan, że to będzie dobre dla mnie, ale zamiast dobrowolności oferuje Pan przymus i przemoc. Gdzie tu jest logika? Szuka Pan usprawiedliwienia?
      A przy okazji… podatki są grabieżą, inflacja kradzieżą.

      Odpowiedz
      • Grzegorz 29 marca 2013

        Panie Marku! Ja Pana nie wyrzucam do biednych krajów! Prosiłem o przykłady krajów, które swoją potęgę zbudowały na samym tylko wolnym rynku. Przykładu takiego jednak nie jest Pan w stanie podać, bo go nie ma (Wenecja nie dość, że nie jest krajem, to w dodatku twierdzenie, że „rządzi” tam sam tylko wolny rynek jest śmieszne). Korea Północna jest państwem totalitarnym i nie ma co się do niej porównywać. Stąd, gdyby mnie Pan poprosił o podanie przykładu krajów (powiedzmy) socjalistycznych, które dobrze prosperują to je podaję: Szwajcaria, Szwecja, Dania itp. A Pana jeszcze raz proszę o faktyczny a nie wyimaginowany przykład kraju, który swój sukces zbudował na wolnym rynku. Nie bujajmy w obłokach, tylko zejdźmy na ziemię! Ja wcale nie zapraszam do Awganistanu, ja tylko wskazuję, że to są jedyne kraje, w których współcześnie największy wpływ mają siły rynkowe.
        Drobna dygresja: Adam Smith pewnie się w grobie przewraca słysząc idiotyzmy Gwiazdowskiego oraz „Centrum Smitha”. Smith swoje dzieło pisał w warunkach, kiedy istnienie dużych korporacji było zabronione! Sam zaś był zwolennikiem drobnej przedsiębiorczości – ludzi takich jak Pan oraz sklepikarzy i rzemieślników a nie pan-narodowych korporacji, które dzisiaj pakują olbrzymie pieniądze w organizacje, które postulują ograniczenie roli państwa, przyczyniając się przez to do faktycznej władzy tychże.
        I proszę mi nie sugerować, że nie przyznaję Panu prawa o ubieganie się o więcej wolności! Nic takiego nie napisałem. Jestem zwolennikiem twierdzenia, że to idee powinny z sobą walczyć, a nie ludzie. Dlatego trzeba dyskutować, co (jak mi się wydaje) niniejszym czynimy….

        Odpowiedz
        • Marek Bernaciak 29 marca 2013

          Wenecja była republiką zbudowaną jako odpowiedź na totalitaryzm pobliskich księstw włoskich, o ile się nie mylę. Niestety, nie jestem historykiem. Szwecja, Emiraty Arabskie, Dania… no cóż. Chyba ma Pan w takim razie rację… przykłady pokazują, że kraje w których panuje etatyzm są cool… 😉
          Jak tylko wytłumaczy Pan ten dobrobyt ludziom biednym w tych krajach, bo nie wolno im podjąć pracy w zawodzie z powodu zakazów państwowych, albo działalności korporacji zawodowych? Albo ciężko pracującym sklepikarzom, których sklepy upadają, bo supermarkety w okolicy nie płacą podatków? Nadmiarem wolnego rynku? Czy raczej działalnością polityków i urzędników i niedoborem wolnego rynku?
          Acha… tam nie ma biednych, biedni są na zasiłku… ocenia Pan, że to jest OK w stosunku do ludzi, którym się zabiera ponad 70% ich dochodów?
          Ja nie jestem za libertynizmem, bo to też totalitaryzm przecież. Tylko za przesuwaniem „suwaka” wolności w kierunku ograniczania wpływu polityków, urzędników, związkowców i innej maści agresorów. Bo na dziś widać gołym okiem, że ich działalność jest zabójcza dosłownie i w przenośni. Może dojdziemy do wolności całkowitej, może nie, ale wiadomo, w jakim kierunku dążyć.
          Tu się chyba zgadzamy, że korporacje są faktycznym władcą świata, a polityka jest im podporządkowana.
          Nie wiem tylko, czy korporacje były za Smitha zabronione. Naprawdę zabronione, czy jeszcze nie istniały?

          Odpowiedz
  6. Grzegorz 29 marca 2013

    Panie Marku
    Rzeczywiście …Wenecja była…ale nie jest. Tamte czasy nie przystają do współczesności. Czy to dobrze czy źle. Nie mnie to oceniać po prostu tak jest. Za Smitha korporacje były zapewnione, jako odpowiedź min. na bańkę spekulacyjną rozdmuchaną przez Kompanię Mórz Południowych. No ale tutaj się zgadzamy z tymi korporacjami 🙂 sądzę że w gruncie rzeczy to różnica między nami jest tylko taka, że Pan uważa, że droga do wyzwolenia z sideł korporacji wiedzie przez powiększenie przestrzeni wolności, ja zaś uważam, że do realizacji tego celu niezbędne jest sprawne państwo z silnymi instytucjami.
    Nie rozumiem twierdzenia o tym, ze „te” kraje są cool….
    Tak, w krajach, gdzie ludziom zabiera się nieraz i 70% ich pieniędzy – żyje się im lepiej, a to może właśnie dlatego, że pieniądze w życiu to nie wszystko, że ważniejsze są dobre stosunki sąsiedzkie, niskie rozwarstwienie społeczne, opieka społeczna oraz lepiej rozwinięta edukacja.
    Co powiem ludziom biednym w tych krajach? (Korwin kiedyś mówił, że zarówno w socjalizmie jak i kapitalizmie są bezdomni, ale w kapitalizmie -śmietniki są lepiej wyposażone) Powiem im, że mają większe szanse aniżeli gdzie indziej.
    Sądzę że jednak podstawą na jakiej powinniśmy się skupić w naszej rozmowie są właśnie korporacje. Wyobraźmy sobie, że żyjemy w idyllicznym państwie, w którym panuje prawie idealny wolny rynek. Chrystus powiedział kiedyś, że ten, kto ma, temu będzie dodane, a temu co nie ma- zabiorą także i to, co ma. Tak samo jest w życiu. Już dawno socjologowie wskazali na mechanizm, określany przez nich mianem „Efektu Mateusza” (od Ewangelisty właśnie), który sprawia, że duzi stają się coraz więksi, zaś mali – coraz mniejsi. Otóż stawiam tezę, że w takim idyllicznym wolnym rynku, prędzej czy później wyodrębniłyby się wielkie korporacje które zawładnęłyby całością. Taki jest też dzisiejszy świat. Ludziom się wydaje, że mają pełny wybór, ale tak Pan, jak i ja wiemy dobrze, że wiele jest na świecie monopoli duopoli, no max tertiopoli. Informacje znajdują się w rękach kilku światowych agencji, napoje – cocacola i pepsi, dobra codziennego użytku- P&G. Nie inaczej jest z samochodami i elektorniką.
    Pozdrawiam i lecę już! 🙂

    Odpowiedz
    • Marek Bernaciak 1 kwietnia 2013

      No i już mam dwa miejsca, gdzie robi Pan wadliwe założenia. Jak mawiała Ayn Rand, sprzeczności nie istnieją. Jeśli spotykamy sprzeczność, to należy sprawdzić przesłanki, jedna okaże się fałszywa.
      Fałszywa przesłanka nr 1 – to założenie, że na wolnym rynku mogą się wytworzyć monopole „wysysające” z rynku zamożność. Takie monopole nie mogą się tworzyć, opisywał to dokładnie Mises, a ja dziękuję Panu, bo mam temat na nowy wpis. W każdym razie, na wolnym rynku firmy mogą rosnąć tylko do granicy możliwości zarządzania, a potem się rozpadają. Dlatego współczesne korporacje zwalczają wolny rynek, bo w wolnorynkowych realiach uległyby dezintegracji. Dziś są chronione przez rządy (patrz ostatnia ustawa Obamy w sprawie Monsanto). W każdym razie „efekt Mateusza” działa tylko do granicy „posiadania” – ja to czytam tak, że kto jest w stanie zarządzać („ma”) i będzie mu dodane. Ale bez ochrony monopolistycznej oferowanej przez rząd „efekt Mateusza” zanika.
      Fałszywa przesłanka nr 2 – to założenie, że ilość dóbr jest na wolnym rynku stała. Pomija Pan istotny efekt gospodarności wolnorynkowej. Efektywność rynku rośnie, zmniejsza się zużycie zasobów, przy zwiększeniu ich efektywności wykorzystania. Oczywiście, tylko na wolnym rynku, dlatego korporacje nie zarządzają efektywnie, bo posiadają monopolistyczną ochronę rządową, j.w.
      A przykłady efektywności mamy wszędzie, gdzie tylko rząd się mniej (nawet nie do końca) wtrąca. Oczywiście, rząd nakłada haracz na efektywność, żeby dotować (czyli „wspierać”) nieefektywność, więc owoce tej praktyki widać na każdym kroku.

      Odpowiedz

Skomentuj

Jeśli spodobał Ci się mój wpis, zostaw swój komentarz. Chętnie poznam Twoje zdanie!

Dodaj komentarz



Warsaw

14:37