22.07 201315

Katolicy są przeznaczeni do materialnego bogactwa

+
Postawię odważną i kontrowersyjną (mam nadzieję) tezę: jeśli staniesz się ortodoksyjnym katolikiem, będziesz żył w coraz większym bogactwie materialnym i sile politycznej! Zarówno ty sam (sama) jak i twoje dzieci i wnuki, a nawet prawnuki! I wynika to bezpośrednio z nauki Kościoła Katolickiego oraz wiedzy ekonomicznej.

Powiem więcej: jest to główny powód, dla którego inne grupy społeczne jak socjaliści, protestanci, muzułmanie i wyznawcy współczesnych religii (etatyzmu, hedonizmu itp.) tak prawdziwych katolików nienawidzą i boją się nas potwornie! Intuicyjnie bowiem wyczuwają, że powyższe twierdzenie jest prawdziwe. Świadomość widzialnego i przynoszącego wymierne owoce błogosławieństwa Bożego powoduje, że w furii atakują nas i są gotowi spowodować nawet naszą śmierć, bo widzą owoce bogactwa duchowego i co gorsza, materialnego, którymi Bóg katolików po prostu obsypuje!

Zaznaczę tylko, że prawdziwość powyższego twierdzenia dotyczy osób powierzających się szczerze Panu Jezusowi, rzucającym się w otchłań Jego Miłości i powierzającym Jemu wszystkie aspekty swojego życia.

Nie dotyczy to wyłącznie cudów i uzdrowień, które spotykane są powszechnie w naszej wierze, do których jako katolik już czasem przywykłem, bo przecież cóż jest specjalnego z sto pięćdziesiątym cudzie eucharystycznym? Przecież wiem, że Jezus objawia się nam w cudach, przecież ciągle wpatruję się w Niego w Eucharystii i odkrywam, jak wiele zrobił i robi dla mnie w każdym obszarze. Jest tylko kwestią odrobiny cierpliwości i czasem wytrwałości w modlitwie, żeby doczekać się rzeczy niesamowitych. Niesamowitych po ludzku, nieosiągalnych według pogan i głupich według współczesnych „intelektualistów”. Ale dla nas… cóż… normalnych.

Teza postawiona przeze mnie pewnie wzburzy może również gorliwych katolików, bo przecież my mamy być „ubodzy”, mamy nie być bogaci, bo nie przejdziemy przez ucho igielne obładowani dobrami… to są najczęstsze argumenty za miernotą, biedotą i… lenistwem u katolików, jakie znam, a przecież jest jeszcze wiele innych.
Do tego dochodzi nauczanie ukochanego Papieża Franciszka, który modli się, by Kościół był ubogi. I już mamy wymówkę, żeby złożyć rączki do modlitwy i dać sobie spokój z wszelkimi staraniami o osiągnięcie zamożności materialnej, bo skoro mamy być ubodzy, to przecież idźmy na ryby, albo walnijmy piwko, przecież to nie grzech.

A mi bardzo odpowiada wyzwanie postawione przez (zawieszonego, pamiętam) Fabiana Błaszkiewicza, wołającego, że nasz krzyż Chrystusowy polega przede wszystkim na tym, by swoje wielkie pragnienia (a ojcem wszystkich pragnień w nas jest sam Bóg przecież), wziąć na siebie i naśladując Chrystusa rozwijać wszelkie dane nam talenty do niebotycznych, bezczelnie wielkich rozmiarów.

Blog ma swoje wymogi, długiego tekstu nikt nie przeczyta, chociaż mojego bloga i tak czytają tylko wariaci. Może boży wariaci, ale jest ich niewielu (ostatnio cieszę się z tego, bo nie muszę wielu osobom odpowiadać 😉 Krótko więc, żeby chociaż podsunąć kilka myśli i zachęcić do samodzielnych poszukiwań:

Jest rzeczą niepodlegającą dyskusji, że Kościół stoi na straży ochrony życia ludzkiego. Jest to niezbywalna cecha KK, która nie podlega erozji, jak widać z różnych bojów toczonych na polu polityki i prawa stanowionego. Tu KK jest konsekwentny i nie poddaje się ogromnym naciskom „obrońców rodziny” spod znaku eugeniki.

Jako obrońca życia, broniąc zarówno życia nienarodzonych, jak i życia osób niepełnosprawnych, nawet tych z chorobami Downa itp. Kościół sprzyja wzrostowi populacji oraz, co ważne, jej zróżnicowaniu.
Wszelkiej maści eugenicy, dążący pozornie do „poprawy jakości” genetycznej tkanki społecznej, dążą do jej ujednolicenia, gdyż eliminują osobniki według nich mniej wartościowe, co skończyłoby się zabiciem podobno nawet samego Einsteina, który w dzisiejszych czasach zostałby prawie na pewno wyskrobany. Oprócz tego Kościół popiera świadomość reprodukcyjną raczej niż antykoncepcję. To z kolei powoduje (oczywiście u świadomych katolików) wykształcenie niższej preferencji czasowej. A niższa preferencja czasowa oznacza większą skłonność do oszczędzania i… w konsekwencji do wzbogacania się w wyniku zwiększonej zdolności do inwestowania. Bo oszczędności = inwestycje.

Wzrost populacji owocuje w dłuższej perspektywie siłą polityczną, gdyż w polityce liczy się głównie liczba osób zajmujących pewne określone stanowisko. Bez poparcia większości, choćby milczącego, politycy mogą sobie tylko pogadać. Dlatego państwa,  naturalni wrogowie Kościoła, tak zawzięcie popierają antykoncepcję. Antykoncepcja to dla niekatolickich polityków dwie pieczenie przy jednym ogniu: mamy społeczeństwo utracjuszy żyjących na kredytach (uzależnionych od banków) i na dodatek nie mogących narzucić im moralności oraz redukcji kosztów państwa.  Bo do tego potrzebna jest liczność.

Kościół zaleca monogamiczne małżeństwo, co w normalnych warunkach powoduje, że prawie każdy mężczyzna może znaleźć żonę i prawie każda kobieta może znaleźć męża. Niby rzecz oczywista i prosta, ale nie zawsze tak było, a współczesne religie: komunizm, socjalizm i polityka eugeniczna XXI wieku zaburzają te relacje potwornie. Dość wspomnieć, że za Stalina zginęło w Rosji 95% mężczyzn w wieku rozrodczym, lub byli niedostępni walcząc z wrogami komunizmu. Dziś z kolei mamy wielką lukę kobiet, ze względu na aborcje eugeniczne w wielu krajach, od Chin po USA, gdzie w wyniku badań prenatalnych zabija się dziewczynki przed narodzeniem korzystając z eufemizmu „płód nie jest człowiekiem”.
Kościół od samego początku wzrastał w liczbie między innymi z tego powodu, że chrześcijanie zbierali pozostawione przez Rzymian noworodki i wychowywali je na chrześcijan, co może według niektórych „specjalistów” od ewolucji jest zwycięstwem genetycznym Rzymian, ale i tak przyrost naturalny chrześcijan (a dziś w normalnych warunkach katolików) był wyższy niż przeciętna. Z perspektywy wymierającej od socjalizmu Europy może się to wydawać nieprawdą, ale i tak świat się rozwija ludnościowo mimo działalności eugenicznych organizacji rodzaju „Planned Parenthood”, czyli dawnej otwarcie eugenicznej ABCL.
Ponieważ ludność jest prawdziwym bogactwem kuli ziemskiej, wynika z tego, że Kościół buduje bogactwo wszystkich ludzi.

Ponieważ przestrzeganie nauki Kościoła sprzyja zróżnicowaniu ludzi, zwiększa to możliwość wymiany dóbr i usług pomiędzy nimi (prawo Ricarda). Tu Austriacka Szkoła Ekonomiczna wskazuje, że zróżnicowanie ludzi pomaga ich bogaceniu się (Hayek). Można wyjaśnić to na prostym przykładzie: jeśli są dwie osoby i każda z nich znakomicie, ale w równym stopniu zna się na matematyce, nie są wstanie pomóc sobie wzajemnie, ani wymienić usługami. Nie są więc w stanie skorzystać z korzyści prawa wymiany (Ricarda), o którym w tym znaczeniu nie uczy się w mainstreamowych szkołach ekonomicznych, o ASE nie wspomnę.
Zróżnicowanie wspomaga wymianę, co oznacza, że im większe zróżnicowanie, tym bogatsi się stajemy z powodu zwiększenia możliwości wymiany. Jeśli wszyscy mają takie same dobra, nie są w stanie podjąć wymiany chyba, że ujawnią się różnice w preferencjach. Ale dziś robi się wiele, żeby preferencje ujednolicić, co pomaga niewątpliwie wielkim korporacjom współpracującym z rządami, ale niekoniecznie ludziom chcącym otworzyć własny biznes.

Kościół wspiera inwestowanie. Tutaj przydadzą się powyższe cytaty z Papieża Franciszka, zastosowane nie tylko do księży, żeby kupowali tańsze samochody, ale do wszystkich wiernych. Stanley wykazał, że amerykańscy milionerzy (prawdziwi) kupują właśnie „najtańsze auta na kilogram”, co umożliwia im zwiększenie poziomu inwestowania (drogie auto to konsumpcja nie tylko dla księdza) przy zachowaniu jednocześnie dyskrecji, niewynoszenia się nad sąsiadów, unikania zawiści. Dodatkową radą samego Pana Jezusa jest wezwanie do zasiadania na niższych miejscach, żeby się nie narażać na ośmieszenie, ale również, by nie drażnić otoczenia pyszałkowatymi zachowaniami.
Tutaj warto przywołać błogosławieństwo Pana Jezusa „Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię” – czasem mam wrażenie, że się to spełnia na moich oczach, bo znam bardzo mało osób posiadających mnóstwo ziemi, ale żadna nie chodzi po ulicach i nie krzyczy drogim samochodem „jestem bogaty!”.
Nawołując do racjonalizacji swojego poziomu życia, Kościół pomaga zwiększać zdolności inwestycyjne wiernych. I dodatkowo nawołując do wspierania ubogich obniża poziom zawiści. Bo biedny żadnego biednego nie wesprze wielkim datkiem. A bogaty może i robi to efektywnie, nie szastając pieniędzmi na ryby, raczej dając wędki i ucząc hodowli ryb. „Produkcja” biedaków przez rząd zaburza ten naturalny cykl i uzależnia coraz większą liczbę osób wpędzając je w wyuczoną bezradność.
Kościół więc zwiększa bezpośrednio efektywność wspomagania biednych, prowadząc do ich wyjścia z biedy.

Kościół Katolicki popiera zysk.
Wiem, księża zarażeni socjalistycznym bełkotem często dążenie do zysku krytykują, ale to wynika z braku ich przygotowania. Ja mówię o nauce Kościoła, nie księdza z parafii X. A Kościół jednoznacznie zwraca uwagę, że wszystko co robimy dla Boga i ze względu na Boga, robimy dla własnego, a nie Boga zysku. Tym zyskiem nie jest jedynie obietnica Królestwa Bożego pośmierci, ale już tu, na ziemi doświadczenia istnienia tego Królestwa. A doświadczenie jest często materialne. My nic Bogu dać nie możemy. On jest Pełnią życia i szczęścia, którymi się z nami chce podzielić, już tu na ziemi. Nie wyłącza to spraw materialnych. My dla własnego zysku mamy się nawrócić i postępować zgodnie z Przykazaniami i wskazówkami Pana Jezusa, bo to… przynosi korzyść (1Kor 10,23) Sam Pan Jezus mówi, że „wart jest robotnik swojej zapłaty” (Łk 10,7). Ja rozumiem to tak, że wolnorynkowa zapłata uiszczona dobrowolnie przez klienta jest błogosławieństwem zdolnego i pracowitego robotnika.
W ten sposób Kościół usuwa poczucie winy z serca dobrze zarabiającego pracownika. Niestety są księża, którzy nie rozumieją podstaw ekonomii i nie doczytali nawet encyklik papieskich, a dali się wciągnąć w komunistyczną retorykę i opowiadają bajki o „sprawiedliwej płacy” albo o „sprawiedliwej cenie”. Ale ogólne nauczanie Kościoła w jego dokumentach oraz opinie Doktorów Kościoła są jednoznaczne.

Jest jeden obszar, który współczesny Kościół zawalił i musi zostać odpracowany. Chodzi o kredyty i emisję pieniądza, czyli o jego fałszowanie.
W Piśmie Świętym jest wiele niepochlebnych wypowiedzi dotyczących tzw. lichwy. Nie do końca jest to pojęcie zdefiniowane i tylko ogólnie określa się ją jako pożyczanie pieniędzy na wysoki procent, co jest traktowane jako forma wyzysku dłużnika. W Polsce międzywojennej oprocentowanie pożyczki powyżej 10% określano jako lichwiarstwo (za Wikipedią). Z tego powodu przez wiele lat katolicy unikali pożyczania pieniędzy na procent w ogóle, żeby uniknąć oskarżenia o lichwę. Żydzi pożyczali pieniądze na procent tylko gojom, co w sumie szkodziło głównie Żydom, bo byli odcięci od kredytów, a katolicy stosowali różne uniki, jak kara za spóźniony zwrot pożyczki itp. (za deSoto). W ten sposób przeoczono największą kradzież w historii ludzkości – pieniądz fiducjarny, czyli pieniądz pozbawiony jakiejkolwiek łączności z rzeczywistością. Dziś pożycza się pieniądze na ponad 100% odsetek, ale nikt tego nie chce spostrzec, bo jest to zakamuflowana praktyka. A odsetki ponad 100% biorą się z tego, że przy 3% rezerwie bankowej, bank pożyczający dłużnikowi 100 złotych na 7%, dostaje 7 złotych odsetek, a musi posiadać tylko 3 złote na swoim koncie, żeby te 100 złotych kredytu udzielić. Reszta jest wykreowana z powietrza i jest to kradzież wszechczasów. Zjawisko psucia pieniądza było szeroko krytykowane przez katolickich scholastyków (Chafuen), ale scholastycy dzisiaj są lekceważeni i ośmieszani, bo nie można nic zarzucić ich oskarżeniom, a jakoś trzeba sumienie rządzących uciszyć.
Materiał więc w Kościele jest, tylko trzeba do niego sięgnąć. Na razie sięgają po niego najbardziej zainteresowani, czyli szeregowi katolicy, bo księża jeszcze nie zostali do tego zmuszeni. Ksiądz wypowiadający się na temat ekonomiczny z sensem to rzadkość, w prawdziwej rozmowie najczęściej się wycofują. Więc nie ma co się przejmować, tylko trzeba szukać samodzielnie.

Kościół katolicki dysponuje wielką biblioteką i wiedzą na temat bogacenia się swoich owieczek. Inaczej nie powstałyby wielkie katedry, bo z czegoś te wielkie dzieła trzeba było sfinansować. A biedota na wielkie dzieła się nie zrzuci, do tego potrzebna zamożnych wiernych, dysponujących wolnymi środkami. Przypowieść o ubogiej wdowie (Mk 12,41-44) jest niewątpliwie słuszna, bo nie chodzi o to, żeby dzielić się tylko resztkami ze swego stołu, ale całkowicie zawierzyć Bogu. To zostało jednak już powiedziane na początku tego wpisu.

Dlaczego Kościół tak niemrawo wypowiada się w tych kwestiach? Bo jest w permanentnym konflikcie z wrogiem, którym jest państwo. Od samego początku przecież próbowano sprowokować Pana Jezusa do otwartego wystąpienia w sprawie np. niepłacenia podatku Cezarowi. Co prawda wtedy chodziło raczej o podobiznę Cezara na monecie, a nie o wysokość podatku, ale zawsze był to grząski grunt.
Państwa wiedząc, że Kościół powoli, ale skutecznie wyrywa ludzi z objęć totalitaryzmów, walczą z Kościołem jak się da. O tym można i pisze się wiele. Dlatego nie dziwi nawet, że księża nie zawsze stają na wysokości zadania i nie zawsze są w stanie pomóc np. przedsiębiorcom. Ale takie inicjatywy są już organizowane.
Dwom panom nie da się służyć. Nie można służyć Bogu Izraela i bożkom etatyzmu (np. bezpieczeństwu socjalnemu, sprawiedliwości społecznej, państwu). Zwykle dochodzi do wypowiedzenia wierności jednemu z nich. Poleganie na bożkach nie popłaca na dłuższą metę, więc zachęcam do zapoznania się z nauką naszej Matki Kościoła, który przychodzi z pomocą w naszym utrudzeniu.

Procesy o których mówię nie przebiegają z dnia na dzień, jest potrzebna odrobina cierpliwości, ale w ciągu kilku lat widać znaczną poprawę zamożności każdego społeczeństwa, które te zasady wdraża szczerze. Widać to zresztą na przykładzie sąsiadujących ze sobą dwóch krajów: Haiti i Dominikany, gdzie zniszczone huraganem Haiti nie może się pozbierać nie tyle ze względu na klęskę żywiołową, co na wszechobecne zdziczenie obyczajów, nie do opanowania nawet przez armię amerykańską (rząd Haiti uciekł z posterunku po wystąpieniu klęski). Z kolei Dominikana, będąca jakby pod bożą opieką, kultywuje tradycyjną pobożność katolicką i chrześcijańską moralność. Nie trzeba się wiele domyślać, że oba kraje dzieli przepaść materialna, chociaż oba nie są specjalnie zamożne.

Problem jest raczej w tym, że od dokładnie 100 lat opisane tu procesy bogacenia się są poddane erozji inflacyjnej (równo 100 lat temu utworzono FED), a wcześniej już od czasu rewolucji francuskiej niszczy się, a nawet morduje bogatych, a ledwie żyjącą jeszcze klasę średnią silnie opodatkowuje powodując dekapitalizację całych społeczności w USA i Zachodniej Europie. Potem płacze się, że „narasta przepaść między biednymi a bogatymi”. Tylko, że ta przepaść jest wynikiem nie normalnej kapitalizacji, ale rosnących przywilejów dla powiązanych w mafią urzędniczą pseudo biznesmenów. Ale o tym już było w innych postach.
W każdym razie Kościół Katolicki jest instytucją, która pracuje nad polepszeniem jakości życia ludzkiego w każdym aspekcie, także materialnym. I warto o tym pamiętać nawet wtedy, gdy czyta się lub słyszy wypowiedzi o ubóstwie. Bo to jest zupełnie inny aspekt życia katolika.

Zaznaczę,  że nawet tematu nie napocząłem. Pewnie ktoś napisze na ten temat współczesną książkę. Może nawet poczytną? Zwrócę tylko uwagę,  że powyższe rozważania dadzą się z powodzeniem zastosować do całych społeczności, w tym do państwa. Dlaczego jednak państwo zwalcza Kościół mimo iż ten dąży do jego wzbogacenia? Ten paradoks rozwiązuje Rothbardowska definicja państwa, ale to już temat na osobny wpis.

===============================
Literatura do poczytania:
www.jacekgniadek.com
Stanley – Sekrety amerykańskich milionerów
Chafuen – Wiara i wolność
Schoeck – Zawiść – źródło agresji, destrukcji i biedy
Huerta deSoto – Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne

15 Comments for "Katolicy są przeznaczeni do materialnego bogactwa"

Warsaw

00:17